To było 16 czerwca tego roku, gdy nieświadoma niczego grupa widzów postanowiła urozmaicić nudę i szarość dnia codziennego, ukazując przy okazji chęć odchamienia nieco swojej osoby, dawką komediowej improwizacji. Niektórzy z zakupem biletu wahali się do ostatniego momentu, jednakże postanowili podjąć to ryzyko i udać się do krakowskiej Rotundy. Bądź co bądź był to jubileuszowy występ, który uświetnić miał tajemniczy gość specjalny. Miał być to zatem typowy, Wieczór Komedii Improwizowanej, który wszyscy doskonale znamy, a nawet czasem kochamy. Nikt nie wiedział, co go spotka po przekroczeniu progu Rotundy, nikt nie spodziewał się czym mają być ów obiecywane "niespodzianki". Dyskutując na tematy wszelakie, w pierwszej chwili nikogo nie zaintrygowały wyraźnie wyróżniające się z tłumu postacie. Ubrane były w eleganckie garnitury, z obliczem niewykazującym żadnych emocji oraz długimi uszami wystającymi (i tu was zaskoczę) z głowy. Tak, to były króliki. Króliki o martwych twarzach, które za cel obrały sobie widzów, wciskając im w usta swoje marchewki. Czuliśmy się niczym w psychodelicznych fotografiach Lecoqa, nie wiedząc za bardzo jak w owej sytuacji się zachować. W ten oto mroczny, a zarazem niezwykle ciekawy sposób rozpoczął się jubileuszowy, XXX już, Wieczór Komedii Improwizowanej. Po opadnięciu emocji związanych z atakiem mrocznych zajęczaków, na widzów czekała kolejna niespodzianka jaką był niewątpliwie niezwykły gość specjalny. Tożsamość tejże persony ukrywana była do ostatnich sekund, jednak gdy zza kulis usłyszeliśmy wypowiedziane charakterystycznym, ciepłym głosem słowa "Tu program Trzeci Polskiego Radia", wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Na scenę nieco niepewnym krokiem wkroczył Artur Andrus (a raczej pan Artur Andrus) który jak na prawdziwą gwiazdę przystało został przywitany owacjami i donośnym okrzykiem radości ze strony publiki. Jednak w tej samej sekundzie każdy zadał sobie jedno acz znaczące pytanie. Czy pan Artur sobie poradzi? Czy stać go będzie na wyrwanie się ze szponów Jonathana Owensa, by stanąć w oko w oko z nieznanym? Gra została, zatem rozpoczęta. Pan Artur musiał przejść długą, pełną wyzwań i niebezpieczeństw drogę, która zbudowana została przez (wcale nie biernych) widzów. Jego nowe oblicze zaskoczyło nie tylko nas ale i współgrających z nim wykonawców. Począwszy od królowej Jadwigi, która wygrała X-Factora, poprzez Rambo o dwóch głowach, rzucającego wyimaginowanymi granatami, a skończywszy na "Egzorcyzmach w Dolinie Muminków", pan Artur pokazał, że żadne wyzwanie nie jest mu straszne. Regułę mówiącą o tym, iż to gwiazda ma lśnić najjaśniejszym blaskiem tego wieczoru sprawdzała się do momentu rozpoczęcia gry "Jedziesz". Zasadę tę złamał Michał Próchniewicz, który nieco przyćmił naszego gościa swoim monologiem na temat "obciążania". Ale zasady są po to, żeby je łamać... tak jak ludzi, jak mawiało słynne hasło reklamowe. Prawdę powiedziawszy, gwiazd tego wieczoru było, aż 9 i myślę, że większość poprze moją tezę. Artyści (śmiało mogę ich tak nazwać), wyciskali z siebie siódme poty, abyśmy my mogli polepszyć ugięte czerwcową sesją humory. Ponownie mogliśmy zatem śmiać się, podczas gdy niektórym brakło powietrza w misce pełnej wody. Tak, ten moment zawsze nas będzie bawił, do czasu aż w grze "Exit" pojawi się nowa sadystyczna zasada. Żądni krwi czekamy z niecierpliwością. Warto wspomnieć też o paru znaczących postaciach, które na zawsze zapiszą się w naszej pamięci: smutna historia ciasteczkowego potwora chorego na cukrzycę i Kopernika, który podzielił się z nami intymnym problemem. Obojgu jednak nie udało się zauroczyć pięknej Anety, która, cytując Michała "zre-wo-lu-cjo-ni-zo-wa-ła" , podejście do walki z wrogiem w celu ostatecznego unicestwienia, za pomocą ostrego pazura. Kobiety zgromadzone wśród publiczności zostały natomiast całkowicie wyedukowane, w kwestii roli jaką winny pełnić w związku, a ich motto życiowe brzmieć powinno: "kuchnia- posprzątać, pokój-posprzątać". Tym samym Janek ostatecznie został wybrany mentorem tego wieczora. Nie zabrakło również elementów magii. Podczas gry "DVD" artyści niespodziewanie, pokonali grawitacje. Do tej pory nikt nie wie jaka tajemna siła im w tym pomogła... Niewiadomo czy to za sprawą królików, artystów czy innych nieznanych medykamentów, ale i publiczność spisała się nienagannie. Hasło "w kiblu" można było usłyszeć zaledwie kilka razy, toteż i nasze społeczeństwo podąża w prawidłowym kierunku. Zatem kto nie był niechaj żałuje, oj, niechaj pluje ostro sobie w twarz, ganiąc przy okazji, za tak zmarnowaną okazję. To był niezwykły wieczór, owiany mrokiem, tajemnicą i dużą dawką "marcowania". Na kolejny przyjdzie nam czekać całe 2 miesiące, jednakże mam nadzieje, że forma artystów pozostanie niezmienna. Bądź ostro pójdzie w górę. Osobiście ubolewam tylko nad jedną kwestią. Że żaden królik nie poczęstował mnie swoją marchewką...
Autorka tekstu: Anna Kłosowska
Autorka wywiadu: Kamila Kwolek
»eKabaret » Artykuły » Komentarze do Artur Andrus na XXX WKI...
Aby móc dodawać komentarze - zaloguj się do serwisu...
Aktualnie brak komentarzy dla tego materiału - dodaj pierwszy komentarz!